OLAF

Z gracją, podobną jedynie do ruchu wahadła Foucaulta, co trzecią sekundę z hakiem, w odbiciu zwisającej pozostałości po szybie, rodzi się zarys wnętrza pokoju. Metalowa rama łóżka przy ścianie, rozmazane napisy na niej, komoda bez drzwi i wielkie lustro po lewej, na stole parę książek. Co dziesiąty cykl ukazuje niewyraźne odbicie w lustrze, jak u małżonków Arnolfinich: pośród szkła, na parapecie lukarny, leży blada, zupełnie jakby przypadkiem, a jednak celowo – kobieca ręka. Nieruchoma. W dłoni, otwartej jedynie na półoścież, kładzie się warstwą wysuszoną i popękaną czerwień już zbordowiała. Kona w upale, bez szansy na front burzowy czy choćby splunięcie mżawki. Przy łokciu miseczka z emblematem Społem, a w niej zmiażdżone owoce morwy. Owoce morwy czarnej.